“Stalowe ostrze z Manhattanu” – odcinek 1

Michał Wichowski

 

 

Stał przed wielką szybą restauracji, w której pracowałem. Skurczony z zimna, szary na twarzy, ze zmrużonymi, jak u krótkowidza, oczami.
Pomachał. Podszedłem bliżej.
– Wyjdź – krzyknął.
Wyszedłem. Nie lubiłem wychodzić na chodnik, gdy pracowałem, byłem kelnerem i nosiłem taki obciachowy fartuch z trzema kieszeniami, w których trzymało się bloczek do wypisywania zamówień, długopis, pieniądze z napiwków i słomki. Te słomki były najgorsze, w takich białych bibułkach, wystawały z tego fartucha jak jakieś gigantyczne przewody ucięte wielkimi nożycami.
– Co jest?
– Hej, co słychać?

Nawet nie pamiętałem jego imienia. Pracował ze mną jakieś kilka miesięcy temu. Hardy był, z każdym zadarł i na dodatek nie rozliczał się z napiwków uczciwie, często chodził do toalety i tam pewnie wyciągał dolce z fartucha, i przekładał do swojej kieszeni. Potem, gdy wszyscy, pod koniec zmiany, wykładaliśmy zmięte jedno i pięciodolarowe, a czasem nawet grubsze banknoty na stół, to u niego zawsze było ich najmniej. Potem okazało się, że w kiblu robił też inne rzeczy. Pewnego dnia szef zobaczył go jak wychodził z ubikacji upaprany na biało pod nosem. Miał pięć minut żeby opuścić restaurację. Prawie z niej wybiegł.
– Spoko. Co jest?
– He, no ok., a u ciebie?
„Tadek”, przypomniałem sobie, miał na imię Tadeusz, ale kazał do siebie mówić Teddy.
– No ok., a co?

Staliśmy tak, ja w białej koszuli z krótkim rękawem, a była już późna jesień. On miał na sobie kurtkę, ale marnie wyglądał i trząsł się cały. Ja czułem chłód, ale nie w środku, dopiero co jadłem zupę.
– Hej, może potrzebujecie kelnera, co?
– Może. Trzeba spytać starego.
– No kurwa, pomóż mi – Teddy miał dziwny głos, prawie płakał.

Przyjrzałem mu się uważnie, jego źrenice były małe jak łebki od szpilek.
– Zapytam starego – powtórzyłem już się odwracałem, gdy złapał mnie za ramię.
– Od tygodnia śpię na dworcu, na 42. stricie, nie jadłem od dwóch dni, jaram szlugi, które znajdę w koszu na ulicy. Tamten gość mnie wyrzucił.
Nie zrozumiałem od razu tego, co mówił. Jaki gość?
– Dobra, spoko, zobaczę, co da się zrobić.
– Nie zobaczysz, bo cię zaraz jebnę nożem, rozumiesz. Załatw mi tę robotę.

Poczułem jak robi mi się zimno. Zupa już przestała grzać.
Spojrzałem na niego. Miał wzrok ślepca, patrzył na mnie, ale nie widział mnie.
– Teraz wejdę do restauracji i pogadam z Bogdanem, tym na kasie – pokazałem ręką na krępego faceta około czterdziestki – I zaraz załatwię ci robotę.

Bogdan przyjechał dwa lata temu z Łomży do Stanów i stał teraz za kasą w restauracji Kijov, na rogu 2 Avenue i 8 Street na dolnym Manhattanie. Był wesołym człowiekiem, uczynnym, miłym i silnym jak koń, rano robił na budowie, a po południu tutaj. Miał zdrowie i znał życie. I twardy był.  I tylko raz w miesiącu, w sobotę upijał się i dzwonił potem do żony i prosił, żeby obudziła ich dwie córeczki, bliźniaczki, które chodzą już do trzeciej klasy podstawówki, bo chce z nimi porozmawiać.
– Dobra, ale jak to jakaś zmyła to cię znajdę i kosa jak w banku, kapujesz?!
– Taa…
– No. To leć – i puścił moje ramię.

Uśmiechnąłem się drętwo i wróciłem do restauracji. Teddy stał za szybą i obserwował każdy mój ruch. Podszedłem do Bogdana.
– Te Boguś, a znasz to: przychodzi Polak do kapów i mówi, moja żona chce mnie zabić. A oni pytają, ale dlaczego pan tak sądzi. A on na to, bo w torebce nosi taki mały flakonik z napisem „Polish remover”.
– Cha, cha, znam to. Te, czego ten pojeb chce – Bogdan kiwnął głową w stronę, gdzie na chodniku stał Teddy.
– Uśmiechaj się i rozmawiaj ze mną jakbyśmy się wygłupiali.  Ok.?
Boguś na moment spoważniał, ale zaraz się roześmiał.
– O kurwa, ale jaja, no co jest – i klepnął mnie w ramię.
– On chce robotę. Od kilku dni śpi na dworcu, powiedział, że jak mu nic nie załatwię to mi sprzeda kosę – i uśmiechnąłem się najbardziej naturalnie jak umiałem. Ale żaden ze mnie aktor.
– Aha. Kapuję. Dobra. Nie denerwuj się, Kostek, uśmiechnij się, pomachaj pojebowi, o tak – uśmiechnął się do Teddy’ego i uniósł rękę w przyjaznym geście, a tamten uśmiechnął się pokazując żółte zęby – a teraz posłuchaj uważnie. Zrobimy tak…

Drugi odcinek TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Partnerzy:

{"slides_column":"4","slides_scroll":"1","dots":"true","arrows":"true","autoplay":"true","autoplay_interval":"2000","loop":"true","rtl":"false","speed":"1000","center_mode":"false"}