“Stalowe ostrze z Manhattanu” – odcinek 2

Michał Wichowski

 

 

Słuchałem uważnie jak przedszkolak w teatrze kukiełkowym swojej ulubionej bajki. Gdy Bogdan skończył popatrzyłem na niego z lekkim niedowierzaniem.

– Przecież jak się Stary dowie to się wścieknie. I jeszcze nas wywali.

– Nie wywali, ma teraz inne sprawy na głowie, jego młodziutka żoneczka jest w ciąży. Lata koło niej jak ruski sputnik, wszystkim zajmuje się Billy, jego syn.

– A Billy. Myślisz, że się zgodzi? – dalej szukałem dziury w całym, bo chociaż trząsłem dupą jak cholera, że tamten debil sprzeda mi kosę jak będę wracał z nocnej zmiany, to bałem się też, żeby nie mieć kłopotów w pracy. W ogóle to cykałem się ciągle o coś, bo mi zależało, żeby w końcu sobie jakoś to życie ułożyć, a ostatnimi czasy mi nie szło. Pół roku temu zostawiła mnie dziewczyna, wróciła do Polski i wyszła zaraz za mąż, zacząłem rozpaczać, trochę chlałem  i wywalili mnie z roboty w polskiej restauracji, gdzie pomagałem w kuchni. Pieniądze się skończyły, na czynsz zaczęło brakować. Któregoś dnia, gdy wróciłem do mieszkania, które wynajmowałem, znalazłem swoje rzeczy spakowane w wielki worek na śmieci i kartkę, żebym spierdalał i nie wracał bez pięciu stów, które wiszę właścicielowi domu. Przez tydzień spałem gdzie popadło, to na ławce w parku na Greeenpoincie, to na dworcu autobusowym na Manhattanie, tym samym, o którym wspomniał Teddy, i wiem jak tam jest. Do tej pory próbuję zapomnieć o kilku rzeczach, które tam wdziałem. I za nic na świecie tam nie wrócę. Prędzej bym sam się zabił… albo kogoś.

– Billy? Jasne. Bo powiemy mu że to robota tajniaków.

Moje oczy wyszły na wierzch i tak już zostały dłuższą chwilę. Wyglądałem pewnie jak francuski buldog kopnięty znienacka w dupę.

– Tajniaków? Boguś, przecież jak się wyda to wylecimy!

– Nie sraj się tak, chcesz się go pozbyć czy nie?

Chwilę rozmyślałem o tym wszystkim co właśnie się wydarzyło. W ciągu piętnastu minut cała moja spokojna egzystencja kelnera w Lion’s Head została wywrócona na lewą stronę, jak dżinsy przed praniem i na dodatek wyglądało na to, że właśnie czeka ją pranie.

Plan Bogusia był tyleż genialny, co wariacki. Miałem powiedzieć Teddy’emu, żeby przyszedł po północy, gdy będzie Billy, menedżer, a prywatnie syn właściciela restauracji, Grega, którego nazywaliśmy Starym. Billy był synem z jego pierwszego małżeństwa z pewną Polką, która przyjechała do Stanów w latach 70. Teraz ona mieszkała na Florydzie, a Greg przeżywał drugą młodość, z młodszą od siebie ze trzydzieści lat modelką z Czech, którą niedawno zapłodnił. Billy mówił trochę po polsku i zatrudniał w knajpie emigrantów z Polski i okolic. No i był całkiem miłym facetem. Wszystko szło z nim załatwić, ale tylko w jeden sposób: szczerością, przygarniał nawet takich co nie mieli papierów w porządku, jeżeli dobrze pracowali i od razu powiedzieli jak się sprawy mają. Ale wystarczyło raz skrewić, coś mu skłamać i Billy z miłego misia-Polakisia zmieniał się w skurwy-Janke-syna. Wtedy nawet mógł przywalić w ryj, a miał prawie dwa metry wzrostu, w ich liczbach to było – jak mi kiedyś Billy powiedział 6’5”stóp – i ważył sporo ponad setkę, grał w szkole średniej w ten ich futbol. Jednego Polaka z Lion’s Head wynieśli kiedyś ze złamaną szczęką i wstrząsem mózgu. Tamten był kucharzem, nikt nie wie, o co poszło, ja obstawiam, że pewnie źle gotował. No i Boguś wymyślił, że powiemy Billy’emu, że Teddy jest wtyką miejscowych kapów i że ma im wystawić dilerów z pobliskiego St. Michael Place. No i trzeba go na chwilę zatrudnić. A oni zgarną go, żeby był kryty. A w nagrodę pójdzie na odwyk, a jego kartoteka zostanie oczyszczona. I Billy nigdy już więcej nie zobaczy Teddy’ego.

– No dobra, ale kto ściągnie tutaj tego detektywa?

– Ty. Przecież go znasz. Zawsze jak przychodzi w nocy to podajesz mu kawę i hamburgera na koszt firmy.

„Taa. I podam temu gliniarzowi to, co zwykle, powiem „enjoy your meal” i zakończę staropolskim „a w kiblu jest mój kolega i właśnie coś sobie wstrzykuje”, pomyślałem. Bo plan Bogusia przewidywał, że po prostu zakapujemy Teddy’ego. Teddy popracuje kilka godzin, świśnie napiwki i zaraz na chwile wyjdzie na zewnątrz „na szluga”, zawsze tak robił. A w rzeczywistości niedaleko na rogu ulicy kupował towar od pewnego czarnego gościa, który zwykle tam stał. Teddy wracał potem jak gdyby nigdy nic do restauracji, szedł do kibla i grzał. I teraz też tak ma być; Billy będzie siedział w biurze na półpiętrze restauracji myśląc, że właśnie policja szykuje alibi Teddy’emu, a tak naprawdę Teddy pójdzie siedzieć. My będziemy kryci, a ja będę miał spokój. Na myśl o tym jak to wszystko wydawało się proste i łatwe dostałem skurczów żołądka.

– No to idź do tego pojeba i powiedz mu, żeby przyszedł za dwie godziny – Boguś uśmiechnął się szeroko i zatarł wielkie łapska. – Ale będzie, kurwa, akcja, jak na amerykańskim filmie.

Trzeci odcinek TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Partnerzy:

{"slides_column":"4","slides_scroll":"1","dots":"true","arrows":"true","autoplay":"true","autoplay_interval":"2000","loop":"true","rtl":"false","speed":"1000","center_mode":"false"}