“Stalowe ostrze z Manhattanu” – odcinek 4

Michał Wichowski

 

 

Kostek wszedł z powrotem do knajpy. Ciepło, zapachy jedzenia i gwar rozmów owinęły się miło wokół niego. Lubił to uczucie: jakby wchodzenie do domu, gdzie w kuchni matka gotuje obiad, w pokoju gra telewizor, a ojciec rozmawia z bratem w przedpokoju. Może dlatego tak go ciągnęło do tej roboty, głupiej kelnerskiej ganianiny, która nie wymaga żadnych zawodowych umiejętności, ale dzięki której ciągle wokół było to coś, za czym tak tęsknił – swojski gwar i znajome gęby.

„Wyemigrowałem na drugi koniec świata, ale łeb mam nadal tam, w Polsce. A gdy byłem w Polsce, to łeb miałem tu. Popieprzony chyba jestem”, Kostek pomyślał z dziwną goryczą. Jednak nie był to czas na melancholijną filozofię. To był czas na precyzyjne działanie. Baśka tymczasem zniknęła już na zapleczu restauracji. Zawsze poruszała się szybko jak fryga. Pracowała w „Lion’s Head” już od dwóch lat. Zwykle na popołudniową zmianę, bo rano chodziła do szkoły, miejskiego koledżu, ona wprowadzała Kostka w tę robotę, uczyła go tych głupich „sajdłorków”, czyli przygotowywania różnych drobnych rzeczy pod koniec swojej własnej zmiany, typu:  napełnianie solniczek i pieprzniczek i tym podobnych. No  i tego, jak się zachowywać, żeby nie podpaść ani Staremu, ani klientom. Kostek był pilnym uczniem i już na drugi dzień zaczął pracować na swoim rewirze. No a potem dostał te nocne zmiany i mijał się z Baśką rano, gdy on przychodził do pracy, a ona z niej wychodziła. Czasem, ale bardzo  rzadko, pracowali razem w nocy, wtedy wygłupiali się jak uczniaki, polubili się. Ona opowiadała mu o swoich problemach z chłopakiem, porywczym Latynosem o śnieżnobiałych zębach i wielkim jak wiadro łbie porośniętym czarnymi jak węgiel włosami.

– Ty wiesz, że wczoraj chciał żebym mu zrobiła laskę, wiesz – Baśka siedziała przy kontuarze zajadając zupę z soczewicy. W jej części nie było jeszcze nowych gości więc miała czas.
– I co? – zapytałem nalewając zupę do trzech dużych misek, miałem zamówienie na trzy zupy z bułkami.
– Powiedziałam mu, żeby włożył sobie szczoteczkę do zębów głęboko w gardło.
– Po co – popatrzyłem na nią zaskoczony.
– No i on też tak zapytał – Baśka przełknęła spory kęs bułki, którym zagryzała zupę – to mu powiedziałam, że wtedy poczuje jak zbiera mu się na wymioty. I że ja też tak się czuję jak mu obciągam .

„Może nie powinnaś brać tak głęboko”, pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos. Baśka była bezpośrednia jak rzut karny, ale w głębi duszy była bardzo delikatna i wrażliwa. Kostek bardzo ją lubił i traktował trochę jak siostrę. Wytworzyła się między nimi delikatna nić sympatii podszytej odrobiną zainteresowania. W nic innego jednak się to nie przerodziło, mimo, że w tamtym czasie Baśka zrywała ze swoim Latino Lover  średnio dwa razy na tydzień. Ale wtedy właśnie w knajpie pojawił się nowy pracownik. Jej brat Tadzio, czyli Teddy. Baśka przyznała któreś nocy, że od roku prawie nie miała z nim kontaktu i on nagle się zjawił w jej mieszkaniu, które wynajmuje na Williamsburgu, żydowskiej dzielnicy, która graniczy z Greenpointem.  Ojciec dokładnie rok wcześniej go wyrzucił ze swojego mieszkania, i jej brat po prostu zniknął, teraz się pojawił. Ale brat to brat. Pomogła mu  i załatwiła pracę w Lion’s Head. Gdy ją stracił nawet palcem nie kiwnęła i nie stanęła w jego obronie. Mieli delikatnie mówiąc trudne relacje.

Ale jak Baśka zachowa się teraz?

***

Gdy Kostek mijał stanowisko kasjera popatrzył w stronę Bogdana wymownie wybałuszając oczy. Tamten popatrzył na niego tak samo zaskoczony. Żaden z nich nie wiedział, że Baśka ma dzisiaj nockę. To musiało być jakieś nagłe zastępstwo. A wiadomo – co nagle, to po diable.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Partnerzy:

{"slides_column":"4","slides_scroll":"1","dots":"true","arrows":"true","autoplay":"true","autoplay_interval":"2000","loop":"true","rtl":"false","speed":"1000","center_mode":"false"}